Ręka staje się ciężka, opadają powieki, nogi snują się podtrzymując zwiotczały korpus, na którym ktoś zamontował ŁEB, z którego aż się dymi.
Dzień po dniu snuje się przez świat styrana postać ma. Resztkami sił podskakuje ku promieniom słońca, których łaknie niczym spragniony wody na pustyni. Lecz te chwile wytchnienia i nadziei nie wystarczają na długo. Po chwili zapadam się znów w szarość dnia powszedniego i czekam nadziei na lepsze jutro, niczym przebiśniegów pośród bezkresnej, białej krainy. Krainy zimnej i nieprzystępnej, z której pragnę się wzbić do przyjemnego ciepła słońca, które weźmie mnie w swe objęcia i utuli odrobiną błogiego spokoju i wyciszenia... do momentu aż zasnę i odpocznę. Odpocznie moja ręka, opadające powieki, nogi podtrzymujące korpus i w końcu czacha przestanie mi dymić.
I znów zacznę żyć i śmiać się do ludzi wokół i znów im uwierzę, że są dobrzy.
Naiwne i wzniosłe - ale i ja sama taka jestem, czasem zastanawiam się czy moje stopy dotykają jeszcze ziemii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz